niedziela, 5 października 2008

...zakończony.


Eksperyment został zakończony powodzeniem. Rawa Blues zaskoczyła mnie pozytywnie. Szczególnie podobał mi się Samuel James. Występował sam, bez zespołu. Tylko on, gitara i niesamowita energia, która objawiała się m.in. tym, że po każdej piosence musiał stroić instrument od nowa. Końcówka występu to był już prawdziwy popis, gitara śmigała w jego rękach w przeróżnych kierunkach. Najfajniejsze było jednak to, że dzięki niemu czuło się niemal klimat amerykańskiego, gorącego południa. Brakowało tylko białego domku z werandą, bujanego fotela i lemoniady... Widać było, że wkłada w swoją muzykę całego siebie, na moich oczach tworzył prawdziwą sztukę. Jego dziadek był znanym gitarzystą bluesowym, a ojciec profesjonalnym pianistą i trębaczem. Sam artysta nauczył się grać na pianinie w wieku ośmiu lat, a w pierwszą trasę ruszył w wieku lat dwunastu. No cóż, przyznam, że byłabym zdziwniona gdyby było inaczej. Poruszył mnie także Seth Walker, ale wolałabym słuchać go w małym, ciasnym klubie niż na tak dużej hali. Melodyjny blues z ciepłym wokalem. Świetny chillout na długie, zimowe wieczory. Ostatnia artystką była Debbie Davies. Fantastyczna babka w brylantowym berecie, gwiazda dużego formatu. Aczkolwiek szczerze przyznaję, że po wrażeniu, jakie wywarł na mnie Samuel James, nic nie było w stanie go przebić. Myślałam jednak, że ludzie będą się lepiej bawić, ale jak już zdążyłam zauważyć, przeważnie na koncertach Polacy są powściągliwi w okazywaniu emocji, hm... Nie wzięłam kanapek, ani mp3 playera. Z tymi kanapkami to mogłam jednak okazać się bardziej przewidująca ale mp3 player nie był mi potrzebny.

1 komentarz:

drzewo figowe. pisze...

Tak, czasami ciężko sobie wyobrazić nas samych w pewnych miejscach. Czasami, a nawet często mam takie wyobrażenia i z taką samą częstotliwością nie ruszam się z miejsca. :)