niedziela, 22 lutego 2009

poprawka

No dobrze, to jest taki malamut jak ja baletnica haha. O pochodzeniu mojego owczarko - malamuto - jamnika informował mnie właściciel matki, ale im bardziej to rośnie tym mniej przypomina jakąkolwiek rasę. I szczęście w tym wszystkim jest takie że być może nabycie tego psa uchroniło mnie przed kupnem kota... w worku. Otóż ten sam oto właścieciel chciał sprzedac mi golfa III, widziałam ten samochód u mechanika no i okazuje się że nie był w najlepszym stanie. Tak więc dobrze się stało bo skoro z psa miał być malamut to z golfa III mógł po pewnym czasie wyjść fiat 126p:)

poniedziałek, 9 lutego 2009

reaktywacja


Tak dawno już nie pisałam, więc może zacznę od tego że mam psa. Matka to alaskan malamut z rodowodem, ojciec nieznany. Na razie przypomina bardziej owczarka niemieckiego, ale jakie to będzie duże to nie wiadomo:) Mogę powiedzieć tylko że lubi błoto i wywraca wszystko do góry nogami. Pierwsze reakcje moich znajomych były w stylu: "o jaki śliczny szczeniaczek", teraz jest inaczej: "weź ją"; "ała ale gryzie" itd. hehehe:)

czwartek, 20 listopada 2008

Opactwo w dębowym lesie


Zawsze podobał mi się ten obraz, przyjaciel autora, Caspara Dawida Friedricha(1774-1840), mówił: to "najgłębsze i najbardziej poetyckie dzieło we współczesnym malarstwie pejzażowym".

wtorek, 11 listopada 2008

Wróć do Lwowa




"Wróć do Lwowa" - to pierwszy tekst, który zobaczyłam gdy wysiadłam w Krakowie, wracając z wypadu na Kresy. Chyba to coś znaczy, bo czuję że wrócę tam jeszcze :) Lwów jest przepiękny, chociaż nadal bardzo zniszczony. Wiele budynków wciąż czeka na remont. Mieszkaliśmy u Polki, pani Marysi, która dbała o nas jak o swoje dzieci:) Nie będę się tu rozwodzić na temat zabytków, to jest w każdym przewodniku, ale szczerze powiem, że największe wrażenie zrobił na mnie Cmentarz Orląt Lwowskich. Dotknęłam kawałka żywej wciąż historii, która nadal wzbudza emocje. Groby nastolatków, chłopaków, dziewczyn, żołnierzy, lekarzy, sanitariuszek, kurierów, słynnych generałów- ludzi, którzy oddawali swoje życie za polską ziemię. Mimo że nie jestem jakoś szczególnie przywiązana do pojęcia "ojczyzna" - to ten widok obudził we mnie patriotyczne uczucia. Kto z nas oddałby teraz życie za Katowice? Sosnowiec? hm... Po zwiedzaniu Lwowa kolejny dzień poświęciliśmy na wypad w kierunku wschodnim. Na początku byliśmy w Olesku - miejscu urodzin Jana III Sobieskiego, wielka szkoda, że nie weszliśmy do środka. Niestety był poniedziałek i nic nie dało się z w tym względzie zrobić. Kolejny przystanek - Podhorce. Piękna rezydencja Rzewuskich, niestety także zrujnowana, chociaż w trakcie remontu. Tam spotkaliśmy kobietę, która niemalże opowiedziała nam całą historię swoich rodzinnych układów, błyskając przy tym cudownym, złotym uzębieniem:) Swoją drogą, niesamowici są Ci Ukraińcy, otwarci, ciekawi kontaktu z nowymi ludźmi.. No dobra, mafia ukraińska też jest spragniona nowych kontaktów, ale załóżmy, że szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta. Następnie udaliśmy się do Poczajowa, gdzie mieści się największy i najważniejszy monastyr prawosławny na Ukrainie Zachodniej. Tam, zgodnie ze zwyczajem przywdziałyśmy z koleżanką sukienki i chusty. Wypożyczenie tego oprzyrządowania (chusty były nasze), kosztowało 20 hrywien - dla porównania doba na parkingu strzeżonym to 10 hrywien. No ale jak się nie zna zwyczajów i ma się rejestrację z Unii Europejskiej to trzeba płacić. Monastyr i sama cerkiew zachwyciły mnie jednak do tego stopnia , że zapomniałam o tych hrywnach:) Kolejny przystankiem był Krzemieniec - niestety tam pogoda już popsuła się na dobre i mgła uniemożliwiła zwiedzanie. Mimo, że mieliśmy nadzieję na poprawę pogody to coraz gęstsza mgła i zmrok sprawiły że Zbaraż i Wiśniowiec musielismy ominąć dosłownie o kilka km! Dotarliśmy do Tarnopola, a tam nie pozostało nam już nic innego, jak tylko obiad:) Oczywiście dla mnie oznaczało to pomidor z ogórkiem i wszystko byłoby okay, gdyby nie herbata. Coś takiego małego pływało mi w herbatce, więc pytam Pani Kelnereczki co to, a ona mówi że fusy. Fusy? Ja przepraszam, czy widział ktoś kiedyś fusy z główką i białym brzuszkiem? Niedobrze mi było od tego jeszcze we Lwowie, no ale cóż, herbata z robakiem w Tarnopolu - bezcenne:) Wieczorem pojeździlismy jeszcze po Lwowie, byliśmy na placu katedry św. Jura no i na cudownym poaustraickim dworcu kolejowym. Jazda nocą po mieście była już dużo fajniejsza, bo w dzień jest raczej ciężko. Kostka brukowa jest tak zniszczona, że wielokrotnie zastanawialiśmy czy nasz drogi volkswagen to wytrzyma, a do tego jeszcze szaleni kierowcy. Jeśli myślicie że światło czerwone coś oznacza, to na Ukrainie trzeba brać na to poprawkę:) Ostatniego dnia wybraliśmy się do Żółkwi - ulubionego miasta Jana III. Po drodze zaliczyliśmy kilka ciekawostek, m.in. lokalną lepperiadę na przejściu dla pieszych. Sama Żółkiew, malutka ale bardzo urokliwa, chociaż zniszczona. Piękna cerkiew, zamek w remoncie od tego roku no i świetny targ gdzie kupiliśmy chałwę, dużo chałwy... Wracając w kierunku Polski, przejechaliśmy przez Jaworzański Park Narodowy, część Roztocza. Bajeczne widoki, tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu jakieś kilkadziesiąt lat temu.. Jest jeszcze klika smaczków, o których warto wspomnieć np. pop na skuterze - bardzo nas ucieszył ten widok:) Potem była już tylko granica w Korczowej no i byliśmy znów na Zachodzie, po drodze zahaczyliśmy jeszcze zamek w Łańcucie. Zdecydowanie polecam wypady na wschód, piękna sprawa:) Słuchaliście kiedyś jednego nagrania przez 4h?:))))

czwartek, 6 listopada 2008

Kocham Kino


Dzisiaj miałam wątpliwą przyjemność obejrzenia filmu pt. Blizna (Scar). Nie liczyłam na zbyt wiele, myślałam, że może zaskoczą mnie chociażby gwałtownie zatrzaskiwane drzwi. Niedoczekanie moje... Fabuła głupia i schematyczna, chociaż nie spodziewałam się w sumie niczego nadzwyczajnego. Liczyłam na efekty 3D.. najlepsze były napisy początkowe, potem było już raczej średnio. Tekst dialogów był nieprzystosowany do formatu 3D, a więc czasem widziałam trójwymiarowy obraz i rozmazane literki, albo mogłam też pooglądać potrojone postacie i poczytać normalnie napisy. Na szczęście znajomość języka obcego znacznie ułatwiła mi życie. Mój kolega twierdzi, że lepsze efekty 3D widział na filmach dla dzieci o kangurkach, tudzież innych zwierzątkach. Budowanie napięcia było chyba najsłabszą stroną tej produkcji. Jedyne momenty gdy wstrzymywałam oddech to chwile, gdy mój kolega chwytał mnie z nienacka za ramię. A co do cięcia stóp żyletką, to zdecydowanie bardziej emocjonujący był "paper cut" w Jackass.

wtorek, 4 listopada 2008

Nareszcie:)

Wczoraj, po wielu trudach, nareszcie, at last... zdałam egzamin na prawo jazdy. Ucieszyłam się jak dziecko, a ze mną kilka osób, gdyż posiadam opinię szofera idealnego. Jeszcze tylko trzy tygodnie i dostanę wymarzony dokument do ręki... Jak to mówi moja koleżanka Dorota - teraz to będziemy się bujać - tylko nie wiadomo czym:) Ale mam nadzieję że i ten problem uda się rozwiązać.. Egzaminator powiedział, że teraz powinnam robić licencję pilota:)

środa, 29 października 2008

Niech żyje sztuka figuratywna



Tak piękny okaz nie mógł pozostać bez echa.. ja nawet nie wiem jak to nazwać i jak to opisać, a więc pozostawiam po prostu takim jakim jest. Jedyne co mogę dodać to to, że serdecznie pozdrawiam autora tegoż projektu. Owe cudo można obejrzeć w pszczyńskim skansenie:))))