czwartek, 20 listopada 2008

Opactwo w dębowym lesie


Zawsze podobał mi się ten obraz, przyjaciel autora, Caspara Dawida Friedricha(1774-1840), mówił: to "najgłębsze i najbardziej poetyckie dzieło we współczesnym malarstwie pejzażowym".

wtorek, 11 listopada 2008

Wróć do Lwowa




"Wróć do Lwowa" - to pierwszy tekst, który zobaczyłam gdy wysiadłam w Krakowie, wracając z wypadu na Kresy. Chyba to coś znaczy, bo czuję że wrócę tam jeszcze :) Lwów jest przepiękny, chociaż nadal bardzo zniszczony. Wiele budynków wciąż czeka na remont. Mieszkaliśmy u Polki, pani Marysi, która dbała o nas jak o swoje dzieci:) Nie będę się tu rozwodzić na temat zabytków, to jest w każdym przewodniku, ale szczerze powiem, że największe wrażenie zrobił na mnie Cmentarz Orląt Lwowskich. Dotknęłam kawałka żywej wciąż historii, która nadal wzbudza emocje. Groby nastolatków, chłopaków, dziewczyn, żołnierzy, lekarzy, sanitariuszek, kurierów, słynnych generałów- ludzi, którzy oddawali swoje życie za polską ziemię. Mimo że nie jestem jakoś szczególnie przywiązana do pojęcia "ojczyzna" - to ten widok obudził we mnie patriotyczne uczucia. Kto z nas oddałby teraz życie za Katowice? Sosnowiec? hm... Po zwiedzaniu Lwowa kolejny dzień poświęciliśmy na wypad w kierunku wschodnim. Na początku byliśmy w Olesku - miejscu urodzin Jana III Sobieskiego, wielka szkoda, że nie weszliśmy do środka. Niestety był poniedziałek i nic nie dało się z w tym względzie zrobić. Kolejny przystanek - Podhorce. Piękna rezydencja Rzewuskich, niestety także zrujnowana, chociaż w trakcie remontu. Tam spotkaliśmy kobietę, która niemalże opowiedziała nam całą historię swoich rodzinnych układów, błyskając przy tym cudownym, złotym uzębieniem:) Swoją drogą, niesamowici są Ci Ukraińcy, otwarci, ciekawi kontaktu z nowymi ludźmi.. No dobra, mafia ukraińska też jest spragniona nowych kontaktów, ale załóżmy, że szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta. Następnie udaliśmy się do Poczajowa, gdzie mieści się największy i najważniejszy monastyr prawosławny na Ukrainie Zachodniej. Tam, zgodnie ze zwyczajem przywdziałyśmy z koleżanką sukienki i chusty. Wypożyczenie tego oprzyrządowania (chusty były nasze), kosztowało 20 hrywien - dla porównania doba na parkingu strzeżonym to 10 hrywien. No ale jak się nie zna zwyczajów i ma się rejestrację z Unii Europejskiej to trzeba płacić. Monastyr i sama cerkiew zachwyciły mnie jednak do tego stopnia , że zapomniałam o tych hrywnach:) Kolejny przystankiem był Krzemieniec - niestety tam pogoda już popsuła się na dobre i mgła uniemożliwiła zwiedzanie. Mimo, że mieliśmy nadzieję na poprawę pogody to coraz gęstsza mgła i zmrok sprawiły że Zbaraż i Wiśniowiec musielismy ominąć dosłownie o kilka km! Dotarliśmy do Tarnopola, a tam nie pozostało nam już nic innego, jak tylko obiad:) Oczywiście dla mnie oznaczało to pomidor z ogórkiem i wszystko byłoby okay, gdyby nie herbata. Coś takiego małego pływało mi w herbatce, więc pytam Pani Kelnereczki co to, a ona mówi że fusy. Fusy? Ja przepraszam, czy widział ktoś kiedyś fusy z główką i białym brzuszkiem? Niedobrze mi było od tego jeszcze we Lwowie, no ale cóż, herbata z robakiem w Tarnopolu - bezcenne:) Wieczorem pojeździlismy jeszcze po Lwowie, byliśmy na placu katedry św. Jura no i na cudownym poaustraickim dworcu kolejowym. Jazda nocą po mieście była już dużo fajniejsza, bo w dzień jest raczej ciężko. Kostka brukowa jest tak zniszczona, że wielokrotnie zastanawialiśmy czy nasz drogi volkswagen to wytrzyma, a do tego jeszcze szaleni kierowcy. Jeśli myślicie że światło czerwone coś oznacza, to na Ukrainie trzeba brać na to poprawkę:) Ostatniego dnia wybraliśmy się do Żółkwi - ulubionego miasta Jana III. Po drodze zaliczyliśmy kilka ciekawostek, m.in. lokalną lepperiadę na przejściu dla pieszych. Sama Żółkiew, malutka ale bardzo urokliwa, chociaż zniszczona. Piękna cerkiew, zamek w remoncie od tego roku no i świetny targ gdzie kupiliśmy chałwę, dużo chałwy... Wracając w kierunku Polski, przejechaliśmy przez Jaworzański Park Narodowy, część Roztocza. Bajeczne widoki, tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu jakieś kilkadziesiąt lat temu.. Jest jeszcze klika smaczków, o których warto wspomnieć np. pop na skuterze - bardzo nas ucieszył ten widok:) Potem była już tylko granica w Korczowej no i byliśmy znów na Zachodzie, po drodze zahaczyliśmy jeszcze zamek w Łańcucie. Zdecydowanie polecam wypady na wschód, piękna sprawa:) Słuchaliście kiedyś jednego nagrania przez 4h?:))))

czwartek, 6 listopada 2008

Kocham Kino


Dzisiaj miałam wątpliwą przyjemność obejrzenia filmu pt. Blizna (Scar). Nie liczyłam na zbyt wiele, myślałam, że może zaskoczą mnie chociażby gwałtownie zatrzaskiwane drzwi. Niedoczekanie moje... Fabuła głupia i schematyczna, chociaż nie spodziewałam się w sumie niczego nadzwyczajnego. Liczyłam na efekty 3D.. najlepsze były napisy początkowe, potem było już raczej średnio. Tekst dialogów był nieprzystosowany do formatu 3D, a więc czasem widziałam trójwymiarowy obraz i rozmazane literki, albo mogłam też pooglądać potrojone postacie i poczytać normalnie napisy. Na szczęście znajomość języka obcego znacznie ułatwiła mi życie. Mój kolega twierdzi, że lepsze efekty 3D widział na filmach dla dzieci o kangurkach, tudzież innych zwierzątkach. Budowanie napięcia było chyba najsłabszą stroną tej produkcji. Jedyne momenty gdy wstrzymywałam oddech to chwile, gdy mój kolega chwytał mnie z nienacka za ramię. A co do cięcia stóp żyletką, to zdecydowanie bardziej emocjonujący był "paper cut" w Jackass.

wtorek, 4 listopada 2008

Nareszcie:)

Wczoraj, po wielu trudach, nareszcie, at last... zdałam egzamin na prawo jazdy. Ucieszyłam się jak dziecko, a ze mną kilka osób, gdyż posiadam opinię szofera idealnego. Jeszcze tylko trzy tygodnie i dostanę wymarzony dokument do ręki... Jak to mówi moja koleżanka Dorota - teraz to będziemy się bujać - tylko nie wiadomo czym:) Ale mam nadzieję że i ten problem uda się rozwiązać.. Egzaminator powiedział, że teraz powinnam robić licencję pilota:)

środa, 29 października 2008

Niech żyje sztuka figuratywna



Tak piękny okaz nie mógł pozostać bez echa.. ja nawet nie wiem jak to nazwać i jak to opisać, a więc pozostawiam po prostu takim jakim jest. Jedyne co mogę dodać to to, że serdecznie pozdrawiam autora tegoż projektu. Owe cudo można obejrzeć w pszczyńskim skansenie:))))

środa, 22 października 2008

Dworzec PKP w Katowicach

Sami nie spodziewaliśmy się aż takiej reakcji Czytelników na wieść, że dworzec ma zostać wyburzony. Przez cały dzień dzwonili i pisali maile do redakcji. Prawie wszystkie osoby, które zabrały głos w sprawie skrytykowały kolej za zamysł, by w miejscu obecnego dworca postawić nowy. Od dawna namawiamy gospodarzy dworca, by o niego zadbali, bo - zdaniem specjalistów - to piękne dzieło architektoniczne.

Nie zgadzam się z decyzją o wyburzeniu dworca PKP w Katowicach. To wybitne dzieło architektury modernistycznej, dlatego powinniśmy dokonać przebudowy budynku, aby zachować jego niepowtarzalny charakter. Zwracam się z prośbą o uwzględnienie wartości historycznej tego obiektu, a także dostrzeżenie szans promocji Katowic jako miasta z zabytkową architekturą. Sam dworzec mógłby tylko na tym zyskać, jako miejsce nie tylko dla podróżnych, ale także dla turystów. Ewa Młynarczyk, historyk

niedziela, 12 października 2008

Cywilizacja

Właśnie oglądałam zdjęcia, który wygrały World Press Photo w ciągu ostatnich 50 lat. Każde z nich przedstawia negatywne emocje, większość to kadry wojenne lub też fotografie zrobione po katastrofach naturalnych. Czy obraz naszej cywilizacji jest aż tak przerażający? Pewnie nie, bo przecież to tylko pewien wycinek życia. Ale na żadnym z nich nie było pozytywnego przekazu. Szkoda że media bombardują nas głównie negatywnymi newsami.

wtorek, 7 października 2008

Bóg i ciastka

Matka:
- Czy wiedziałeś, że Bóg był obecny, kiedy ukradłeś to ciastko z kuchni?
- Tak.
- I że cały czas na Ciebie patrzył?
- Tak.
- I jak myślisz, co do Ciebie mówił?
- Mówił: "Nie ma tu nikogo oprócz nas dwóch - weź dwa".

niedziela, 5 października 2008

...zakończony.


Eksperyment został zakończony powodzeniem. Rawa Blues zaskoczyła mnie pozytywnie. Szczególnie podobał mi się Samuel James. Występował sam, bez zespołu. Tylko on, gitara i niesamowita energia, która objawiała się m.in. tym, że po każdej piosence musiał stroić instrument od nowa. Końcówka występu to był już prawdziwy popis, gitara śmigała w jego rękach w przeróżnych kierunkach. Najfajniejsze było jednak to, że dzięki niemu czuło się niemal klimat amerykańskiego, gorącego południa. Brakowało tylko białego domku z werandą, bujanego fotela i lemoniady... Widać było, że wkłada w swoją muzykę całego siebie, na moich oczach tworzył prawdziwą sztukę. Jego dziadek był znanym gitarzystą bluesowym, a ojciec profesjonalnym pianistą i trębaczem. Sam artysta nauczył się grać na pianinie w wieku ośmiu lat, a w pierwszą trasę ruszył w wieku lat dwunastu. No cóż, przyznam, że byłabym zdziwniona gdyby było inaczej. Poruszył mnie także Seth Walker, ale wolałabym słuchać go w małym, ciasnym klubie niż na tak dużej hali. Melodyjny blues z ciepłym wokalem. Świetny chillout na długie, zimowe wieczory. Ostatnia artystką była Debbie Davies. Fantastyczna babka w brylantowym berecie, gwiazda dużego formatu. Aczkolwiek szczerze przyznaję, że po wrażeniu, jakie wywarł na mnie Samuel James, nic nie było w stanie go przebić. Myślałam jednak, że ludzie będą się lepiej bawić, ale jak już zdążyłam zauważyć, przeważnie na koncertach Polacy są powściągliwi w okazywaniu emocji, hm... Nie wzięłam kanapek, ani mp3 playera. Z tymi kanapkami to mogłam jednak okazać się bardziej przewidująca ale mp3 player nie był mi potrzebny.

sobota, 4 października 2008

eksperyment...

"O dziewczyno, jutro 14 godzin nudy przed Tobą. Weź jedzenie i mp3 playera". A jednak będę odważna i nie spasuję. Wybieram się dziś na koncert Rawa Blues Festival. Mój znajomy twierdzi że powinnam dać spokój, że to nie mój klimat. Jeśli jednak nie spróbuję to się nie dowiem. Nie miałam do tej pory zbyt wielkiego kontaktu z bluesem, poza fascynacjami muzycznymi mojego ojca, który często słuchał tego w domu. Przesłuchałam też kilka utworów wykonawców, którzy dziś tam zagrają, no zobaczymy... "Przed chwilą widziałem urywki. Ok 1h, 2h, 2.5h ale nie 14..."

czwartek, 2 października 2008

Ostatni koncert...


W ostatni weekend miałam okazję zobaczyć tego właśnie gościa na żywo w Krakowie. Klub był dosyć duży, spodziewałam się tłumów, jednak okazało się że Afu Ra i Masta Killa nie ściągnęli aż tak wielu ludzi na swój koncert (dziwne). Support był słaby, przynajmniej jak na takie sławy jak Ci panowie. Muszę jednak przyznać że Afu Ra jest niesamowity na scenie. Potrafi złapać bardzo dobry kontakt z publicznością. Nie wytwarza dystansu jaki zazwyczaj można wyczuć od ludzi, którzy przecież są wielkimi gwiazdami sceny hip hop. Towarzyszył mu DJ PF CUTTIN, również gwiazda światowego formatu, no i trzeba przyznać że czuło się to od pierwszego bitu który puścił. Oczywiście wszyscy czekali na Masta Killa, legenda na wyciągnięcie ręki, to było coś. Na scenę wszedł w czarnym ręczniku na głowie tak, że przez chwilę nie było wiadomo czy to faktycznie on. A potem... potem to już były same hity. Stare kawałki Wu Tang Clanu, a także nowe z jego solowej płyty. Przyznam szczerze, że nie ruszył mnie jednak tak bardzo jak Afu. Masta wszedł w rolę bardziej ""wrednego czarnucha" i dystans był już duzo bardziej wyczuwalny niż w przypadku Afu. Dla mnie było to jednak niesamowite przeżycie, być tak blisko ludzi, których znam tylko z ekranu tv i widzieć że ich praca, muzyka, którą tworzą, płynie prosto z serca i nie jest tylko produktem wykreowanym przez menedżerów, jak to ma miejsce w przypadku wielu współczesnych gwiazd. A ludzie? No cóż trochę się zawiodłam, myślałam że będzie ogólny szał no bo to koncert dużego kalibru w końcu. Jednak publika lepiej bawiła się na supporcie z Nowej Huty niż na Masta Killa, no cóż.. Przychodzi mi tutaj tylko jedna myśl do głowy - "Jakie życie, taki rap".

Na początek...

Większość moich znajomych ostatnio zaczęła pisać bloga. Myślałam długo czy zrobić to samo, zastanawiałam się co ich do tego zmotywowało żeby umieszczać własne myśli gdzieś w sieci. Potem doszłam do wniosku, że może to być ciekawa przygoda, może pomoże mi to rozwinąć umiejętności, które do tej pory gdzieś tam sobie wegetowały lub okaże się że nigdy ich we mnie nie było. Potraktuję to jednak jako swoisty eksperyment, w końcu nic mi chyba nie grozi.