wtorek, 11 listopada 2008

Wróć do Lwowa




"Wróć do Lwowa" - to pierwszy tekst, który zobaczyłam gdy wysiadłam w Krakowie, wracając z wypadu na Kresy. Chyba to coś znaczy, bo czuję że wrócę tam jeszcze :) Lwów jest przepiękny, chociaż nadal bardzo zniszczony. Wiele budynków wciąż czeka na remont. Mieszkaliśmy u Polki, pani Marysi, która dbała o nas jak o swoje dzieci:) Nie będę się tu rozwodzić na temat zabytków, to jest w każdym przewodniku, ale szczerze powiem, że największe wrażenie zrobił na mnie Cmentarz Orląt Lwowskich. Dotknęłam kawałka żywej wciąż historii, która nadal wzbudza emocje. Groby nastolatków, chłopaków, dziewczyn, żołnierzy, lekarzy, sanitariuszek, kurierów, słynnych generałów- ludzi, którzy oddawali swoje życie za polską ziemię. Mimo że nie jestem jakoś szczególnie przywiązana do pojęcia "ojczyzna" - to ten widok obudził we mnie patriotyczne uczucia. Kto z nas oddałby teraz życie za Katowice? Sosnowiec? hm... Po zwiedzaniu Lwowa kolejny dzień poświęciliśmy na wypad w kierunku wschodnim. Na początku byliśmy w Olesku - miejscu urodzin Jana III Sobieskiego, wielka szkoda, że nie weszliśmy do środka. Niestety był poniedziałek i nic nie dało się z w tym względzie zrobić. Kolejny przystanek - Podhorce. Piękna rezydencja Rzewuskich, niestety także zrujnowana, chociaż w trakcie remontu. Tam spotkaliśmy kobietę, która niemalże opowiedziała nam całą historię swoich rodzinnych układów, błyskając przy tym cudownym, złotym uzębieniem:) Swoją drogą, niesamowici są Ci Ukraińcy, otwarci, ciekawi kontaktu z nowymi ludźmi.. No dobra, mafia ukraińska też jest spragniona nowych kontaktów, ale załóżmy, że szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta. Następnie udaliśmy się do Poczajowa, gdzie mieści się największy i najważniejszy monastyr prawosławny na Ukrainie Zachodniej. Tam, zgodnie ze zwyczajem przywdziałyśmy z koleżanką sukienki i chusty. Wypożyczenie tego oprzyrządowania (chusty były nasze), kosztowało 20 hrywien - dla porównania doba na parkingu strzeżonym to 10 hrywien. No ale jak się nie zna zwyczajów i ma się rejestrację z Unii Europejskiej to trzeba płacić. Monastyr i sama cerkiew zachwyciły mnie jednak do tego stopnia , że zapomniałam o tych hrywnach:) Kolejny przystankiem był Krzemieniec - niestety tam pogoda już popsuła się na dobre i mgła uniemożliwiła zwiedzanie. Mimo, że mieliśmy nadzieję na poprawę pogody to coraz gęstsza mgła i zmrok sprawiły że Zbaraż i Wiśniowiec musielismy ominąć dosłownie o kilka km! Dotarliśmy do Tarnopola, a tam nie pozostało nam już nic innego, jak tylko obiad:) Oczywiście dla mnie oznaczało to pomidor z ogórkiem i wszystko byłoby okay, gdyby nie herbata. Coś takiego małego pływało mi w herbatce, więc pytam Pani Kelnereczki co to, a ona mówi że fusy. Fusy? Ja przepraszam, czy widział ktoś kiedyś fusy z główką i białym brzuszkiem? Niedobrze mi było od tego jeszcze we Lwowie, no ale cóż, herbata z robakiem w Tarnopolu - bezcenne:) Wieczorem pojeździlismy jeszcze po Lwowie, byliśmy na placu katedry św. Jura no i na cudownym poaustraickim dworcu kolejowym. Jazda nocą po mieście była już dużo fajniejsza, bo w dzień jest raczej ciężko. Kostka brukowa jest tak zniszczona, że wielokrotnie zastanawialiśmy czy nasz drogi volkswagen to wytrzyma, a do tego jeszcze szaleni kierowcy. Jeśli myślicie że światło czerwone coś oznacza, to na Ukrainie trzeba brać na to poprawkę:) Ostatniego dnia wybraliśmy się do Żółkwi - ulubionego miasta Jana III. Po drodze zaliczyliśmy kilka ciekawostek, m.in. lokalną lepperiadę na przejściu dla pieszych. Sama Żółkiew, malutka ale bardzo urokliwa, chociaż zniszczona. Piękna cerkiew, zamek w remoncie od tego roku no i świetny targ gdzie kupiliśmy chałwę, dużo chałwy... Wracając w kierunku Polski, przejechaliśmy przez Jaworzański Park Narodowy, część Roztocza. Bajeczne widoki, tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu jakieś kilkadziesiąt lat temu.. Jest jeszcze klika smaczków, o których warto wspomnieć np. pop na skuterze - bardzo nas ucieszył ten widok:) Potem była już tylko granica w Korczowej no i byliśmy znów na Zachodzie, po drodze zahaczyliśmy jeszcze zamek w Łańcucie. Zdecydowanie polecam wypady na wschód, piękna sprawa:) Słuchaliście kiedyś jednego nagrania przez 4h?:))))

Brak komentarzy: